KUCHNIA, ZERO WASTE

99. BIOrę – SKLEP ZERO WASTE W POZNANIU

IMG_20180628_140724.jpg

Na ul. Garbary 44 w moim rodzinnym Poznaniu mieści się sklep zero waste BIOrę, a wizyta w nim przynosi taką ulgę zmęczonym reklamami zmysłom, że trudno jest z niego wyjść. Jednak najmilsza z najmilszych sprzedawczyń nie da ci odczuć, że już zbyt długo stoisz przed półką z metalowymi wielorazowymi słomkami do picia. Albo że odstraszasz klintów, piszcząc z zachwytu i zazdrości na widok płynu do naczyń, który kupuje się na mililitry, nalewając (metalową chochelką i lejkiem) z wielkiego słoja do własnego wielorazowego opakowania. Albo że bez końca przekładasz z miejsca na miejsce woreczki na zakupy, bo nie umiesz się zdecydować, który najpiękniejszy. Albo że umówiłaś się tam z koleżanką zirołłejsterką na pogaduchy i od pół godziny hałasujecie w kąciku wypoczynkowym i bezczelnie zaglądacie do magazynu.  Albo że błagasz, żeby ci nie pozwoliła kupić butelki (bo przecież masz jedną, ale na półkach są takie piękne i pomysłowe). A jak chcesz, to ta przemiła pani zważy ci po jednej sztuce z każdego rodzaju bakalii, bo tarowanie wagi to w takim sklepie oczywista oczywistość! Czujecie to?! BIOrę to raj!!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

KUCHNIA

87. PUSTAWA LODÓWKA

30623931_263121920895367_6089291056153624576_n

Widok pustawej lodówki wielu z nas przyprawia o palpitację i różne paniczne reakcje na pierwotne zagrożenie: ,,Nie ma co jeść!”. A przecież nasze lodówki nigdy nie są naprawdę puste, bo żyjemy w czasach nadmiaru, a nie niedoboru. Dlaczego więc, zaglądając do nich, zauważamy to, czego akurat nie ma, a nie to, co jest? To tylko nastawienie naszego umysłu – ale jak trudno je zmienić…

Zaglądając dzisiaj do lodówki miałam jak zwykle sprzeczne uczucia i myśli:

 pozytywne: Jest środa, zgodnie z planem wszystko zostało wyjedzone, nic się nie zmarnowało. Sylwia (której książka powinna stać w każdej polskiej lodówce) byłaby ze mnie dumna), zrobiło się miejsce na cotygodniowe zakupy. W szafkach mam zawsze żelazne zapasy suchych produktów, na balkonie jest torba warzyw korzeniowych, zawsze coś dobrego się ugotuje. Mój wewnętrzny zerowaster podskakuje z dumy i radości, że taki zaradny, gospodarny i kreatywny.

 negatywne: A jak będzie wojna!? A w ogóle, to jaki ja przykład dziecku daję, odbiorą mi prawa rodzicielskie, jestem ch…wą panią domu, a teściowa to ma zawsze lodówkę pełną pysznego jedzenia. A jak będzie wojna?!

Po zerowejstersku pusta lodówka nie jest ładnym widokiem, ale za to jak pięknie wygląda, gdy już się ułoży w niej dobre, zdrowe jedzenie. Główną atrakcją jest to, że widać w niej produkty, a nie ich opakowania. Jedzenie przechowywane w szkle nie tylko wygląda apetycznie i jest zdrowsze, ale też nie ma szans na stanie się niewidzialnym i zwiędnięcie w ciemnym kącie. I nie jest ważne, czy używamy słoików po dżemie i ogórkach, czy specjalnie kupionych – ZERO WASTE TO ZAWSZE SAMO PIEKNO. 

PS Kto ma miejsce, ten może przechowywać większość rzeczy poza lodówką.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

KUCHNIA

83. HISTORIA MASON JARS

28700893_250632142144345_1590594099713547562_o

• W 1858 r. Amerykanin John Mason opatentował szklany słoik z gwintowaną uszczelnianą nakrętką, który umożliwiał konserwowanie żywności w warunkach hermetycznych. Wieść głosi, że zainspirował go Napoleon, który poszukując sposobu transportowania żywności na potrzeby armii, ogłosił konkurs na najlepsze rozwiązanie. To się nazywa rewolucyjny wynalazek! Do tej pory ludzie radzili sobie np. zalewając otwory glinianych słoików woskiem…

• Wyobrażam sobie XIX-wieczną oszczędną i pomysłową rodzinę pionierów: na pewno szybko odkryli, że wymienne i uniwersalne nakrętki stwarzają nowe możliwości. Przy pomocy piłki do metalu, gwoździ i części zepsutego urządzenia mogli stworzyć coś nowego, w zależności od bieżących potrzeb. Mogła to być ubijaczka do masła, młynek do mąki, pułapka na myszy. Po doczepieniu dziurawej metalowej miski – karmnik dla kurcząt. Po dodaniu knota – lampa naftowa. Po zrobieniu dziurek w nakrętce – durszlak, sitko, solniczka. Mistrzowie upcyklingu!

• Współczesnym Amerykanom udało się utrzymać w powszechnym użyciu te dwie wielkości gwintowania. Dzięki temu słoikowy upcykling trwa przez pokolenia. Do zachowanego w doskonałym stanie (!) XIX-wiecznego słoika można dołączyć plastikową nakrętkę z baterią słoneczną (znak czasu)! A jak ów szacowny słoik dokona żywota (choć prędzej trafi na aukcję lub do muzeum), to nakrętka będzie nadal pasowała do słoika po maśle orzechowym, dżemie, miodzie  Sprytne, ułatwiające życie, pasujące do wszystkiego dokrętki można kupić gotowe, ale wiele z nich nadal powstaje jest w duchu prawdziwego upcyklingu.

• Żałuję, że wielkości słoików nie zostały znormalizowane i u nas – zamiast do stłuczki, mogłyby trafiać do producentów do ponownego napełnienia… Część tych upcyklingowych pomysłów da się oczywiście zrealizować przy pomocy słoika po ogórkach albo koncentracie pomidorowym, ale już takiego żyrandola bym się odważyła zrobić. Chociaż, może za rok będę gadać inaczej – człowiek się rozwija w dobrym towarzystwie 

• Prawdziwe szaleństwo zaczyna się po wpisaniu do wyszukiwarki ‘mason jar ideas’. Mnie się najbardziej podoba wykorzystanie słoików jako wielokrotnego użytku ozdób i zniczy nagrobnych.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

KUCHNIA, MINIMALIZM

81. SPORK – SZTUĆCE ,,NA WYNOS”

30595047_262865267587699_6403561565617913856_n

Nie pamiętam, kiedy i gdzie, ale pamiętam, że jadłam wtedy kaszę gryczaną i że był to ostatni raz, kiedy użyłam jednorazowego widelca. Najpierw skorzystał z niego mąż, a potem dopiero ja, więc od biedy było to zgodne z zero waste (reuse), ale i tak niesmak plastiku pozostał  Od tamtego czasu, gdy wiem, że będę jeść poza domem, staram się mieć przy sobie własne sztućce, a jeżeli nie mam, to albo coś wymyślam, albo używam palców, albo po prostu nie jem.

Przetestowałam noszenie domowych metalowych sztućców (najbardziej zero waste, ale ciężkie, duże i nieprzyjemnie brzęczą w torebce) oraz mniejszych deserowych (też brzęczą), ale najbardziej przypadła mi do gustu drewniana łyżka (piękna, lekka, ale bez ząbków). I nosiłabym tę łyżkę do dziś, gdyby mi ktoś nie pokazał sprytnego składanego niezbędnika zwanego sporkiem (spoon + fork) i nie zapewnił z zachwytem, że jest najwygodniejszym rozwiązaniem. Zasiał tę myśl w mojej rozdartej minimalistycznej, ale jednocześnie gadżeciarskiej duszy, więc kiedy przypadkiem trafiłam na sporka w pewnym poznańskim sklepie, i gdy okazało się, że mogę go mieć bez opakowania, bo to ostatni egzemplarz z witryny, i za jedyne 9,99 zł – kupiłam. Potwierdzam, że ma same zalety: leciutki, niewielki, stylowy, ergonomiczny i – co najważniejsze – niebrzęczący. Tak go polubiłam, że używam go codziennie w domu – poranna owsianka smakuje z nim jeszcze lepiej.

Utrzymanie sztućców i sporków w czystości poza domem to sprawa bardzo indywidualna: znam osoby, które je myją i zawijają w serwetkę, a nawet trzymają w specjalnym etui; ale też znam osoby, które po prostu oblizują i wrzucają luzem do torebki  Obie metody są dobre, skoro nikomu nie szkodzą i przyczyniają się do zmniejszenia ilości zużytych jednorazówek zalegających na naszych ulicach.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.