URODA

102. PODKŁAD = KOREKTOR

p10

Niewyobrażalne stało się faktem – przestałam używać podkładu. Nawet ostatniego podkładu (100% Pure) używałam już tylko do maskowania cieni pod oczami i paru przebarwień. Teraz zamiast niego mam korektor (Zao), którego też przecież mogę w razie potrzeby użyć jako podkładu (np. do zdjęcia).

Chciałabym jednak na pożegnanie podkładu 100% Pure wygłosić pean na jego cześć. Jest to najlepszy i najwydajniejszy (!) podkład, jakiego w życiu używałam i za działanie daję mu 15 punktów w skali 1-10. Poza tym zrobiono go wyłącznie z warzyw i owoców (nikt nie wierzy, dopóki nie przeczyta składu). Metalowe opakowanie (można? można!) jest piękne, wygodne i nadaje się do dalszego wykorzystania w przeróżnych celach (recykling to ostateczność). Kolor Creme jest uniwersalny, mam wrażenie, że dopasowuje się do karnacji. Korektora już kupować nie trzeba, bo podkładu można używać nawet pod oczami – 2w1. Cena jaka jest, każdy widzi, ale jeśli ktoś ma akurat takie możliwości (albo ma imieniny, albo już zaoszczędził dzięki zero waste), to przynajmniej ma wybór. A nasze wybory niewątpliwie zauważy rynek. Może nawet zaczną się pojawiać podobne polskie kosmetyki (jadalne i bez cienia plastiku).

Korektor Zao też jest świetny (również jako podkład), choć bym go nie zjadła. Kolor 491 dopasowuje się do koloru mojej skóry i gładko rozsmarowuje. Bambusowe etui jest wielorazowe (można? można!) – można dokupić nowy sztyft. Opakowanie to mały woreczek, który można wykorzystać do innych celów. Przeszkadza mi jedynie intesywny ciasteczkowy zapach, ale to kwestia gustu. Niestety wydajnością nie dorównuje podkładowi, więc gdybym miała kupować ponownie, to wybrałabym 100% Pure, który starczył mi na wiele miesięcy.

Mam nadzieję, że następnym etapem będzie przerobienie podkładu w pudrze na kremowy korektor i dalsze uniezależnienie się od kupnych kosmetyków.

Powoli spełnia się moje odwieczne marzenie: im mniej kosmetyków używam, tym ładniej wyglądam. Naprawdę się sobie podobam! Pewnie jest to zasługa niebywania w perfumeriach i nieczytania magazynów, czyli niewystawiania się na wykorzystujący nasze lęki marketing. Niestety wystarczy, że się przez chwilę ,,wystawię” i okazuje się, że to wszystko działa na mnie ze zmasowaną siłą. Natychmiast pojawiają się myśli, że jestem niezadbana, niepachnąca i brzydka, a w ogóle to natychmiast powinnam sobie kupić krem na opadające ze starości uszy (najlepiej osobny do lewego i prawego) oraz obowiązkowo zrobić waginoplastykę (czy do magazynów dla mężczyzn też dołączane są wielostronicowe dodatki z podobnymi skandalicznymi ,,poradami”!?). W związku z tym domagam się, żeby czym prędzej powstały sklepy z kosmetykami zero waste – tam z zasady najmniej ważne są opakowania… Bo ja lubię moje ,,opakowanie”!

DIY, URODA

101. TONIK ZŁUSZCZAJĄCY – DIY

 

IMG_20180711_152719_HDR

Ocet jabłkowy działa (hurra!), a przy tym jest jadalny, tani, raw, niepsujący się, w szklanej butelce i kupiony w kooperatywie. Używam najprościej: nalewam odrobinę na dłoń i wmasowuję w twarz, omijając oczy.  Na początek proponuję rozcieńczyć pół na pół z wodą, choć ja tego nie robiłam.

Pierwszy taki tonik kupiłam w Raw Bliss. Najpierw nie mogłam się doczekać, aż się skończy, bo zapach jest intensywny, nawet przykryty olejkiem lawendowym. Ale jak się już skończył, to moja skóra zaczęła za nim tęsknić, więc postanowiłam ją posmarować zwykłym jadalnym octem jabłkowym. Skóra zaczęła machać ogonkiem z radości, więc już nie zważam na zapach 😀 Spróbujcie – może i Wam posłuży: leciutko złuszcza, rozjaśnia, przywraca właściwe PH. I jest smaczny.

Jeżeli to możliwe, starajmy się głosować naszym portfelem na firmy, które dążą do zero waste. Ale jeżeli dochody lub brak czasu w danym momencie na to nie pozwalają, nie miejmy z tego powodu poczucia winy. A może … zróbmu sobie to coś sami?

higiena, SPRZĄTANIE, URODA, ZERO WASTE

100. GRA W ZERO WASTE ,,POŁĄCZ W PARY”

Z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że wszystko ma swój zerowastowy odpowiednik: nieplastikowy, wielorazowy, wielofunkcyjny, zdrowszy, tańszy, ładniejszy, lżejszy i zajmujący mniej miejsca. Niestety zazwyczaj konsument nie ma w ogóle wyboru (jeśli nie wierzysz, to podczas następnych zakupów popatrz na sklep moimi oczami i spróbuj znaleźć coś, co byłoby wolne od plastiku). A tymczasem sprawdź, czy potrafisz połączyć poniższe, należące do dwóch światów rzeczy w 21 par 😀

Podpowiedź: małe zielone coś, to podróżny kawałek szlachetnego mydła aleppo ;D

 

 

higiena, MINIMALIZM, URODA

88. KREATYWNA KOSMETYCZKA

30698439_263863827487843_8178564170577346560_n
Staram się, żeby materiały, jakich używam, były wyrazem mojego buntu wobec tego, co plastikowe i jednorazowe. Jest tu trochę plastiku, ale więcej szkła, metalu i drewna 🙂

Nigdy nie przypuszczałam, że będę tyle kosmetyków robić sama, bez tylu się obywać, tyloma się dzielić i tyle dostawać, i że używanie tego wszystkiego będzie takie przyjemne i podkręcające kreatywność.

To, co jest mi potrzebne do pielęgnacji i makijażu, mieści się obecnie w małym pudełku, w którym trzymam też akcesoria do włosów i leki. Nie są to kosmetyki idealnie zero waste (czyli więc bez plastiku i w opakowaniach do wielokrotnego napełnianiania), ale przecież nie o perfekcyjność tutaj chodzi, ale o wyrwanie się z systemu i bunt przeciwko ,,niezrównoważonym” producentom.

Ocet jabłkowy i olejek z orzecha laskowego, podkład, puder, szminka, tusz:

Bardzo jestem ciekawa, jak będzie wyglądać moja kosmetyczka za rok: czy uda mi się wreszcie zrobić własny tusz do rzęs i korektor; czy skończy mi się wreszcie czerwona szminka i zrobię sobie własną z naturalnych barwników (rabarbar? truskawka? burak? malina?); czy wszystkie moje kosmetyki będą jadalne?; czy wosk pszczeli zamienię na coś innego?; czy wszystkie ulubione kosmetyki i składniki będę mogła kupić do własnego opakowania w mojej kooperatywie? A może to ja będę je sprzedawać, albo uczyć innych, jak robić? Jedno jest pewne: zero waste to ewolucja i rozwój, więc na pewno wielu nowych rzeczy się nauczę, i – co jeszcze ważniejsze – wielu starych się oduczę.

DIY, URODA

85. NIEUDANY TUSZ DO RZĘS NR 2

29662709_258253324715560_3876105207639322741_o

,,Znowu w życiu mi nie wyszłooo” 
Drugi tusz zrobiłam w oparciu o przepis z książki ‚Zero Waste Home’ Bei Johnson. Początek był obiecujący, wszystko tak, jak lubię:

– 4 składniki z kuchennej szafki/apteczki (wosk, olej koko, miód i węgiel aktywowany)
– 3 minuty pracy

W efekcie otrzymałam apetyczny, czarniutki i profesjonalnie wyglądający produkt, którym się natychmiast wysmarowałam i poszłam na premierę nowej książki o zero waste.

Niestety i ten tusz na rzęsach długo się nie utrzymał – zjechał pod oczy. Załamałabym się i zarzuciła eksperymenty, gdyby nie pewien postęp w porównaniu do poporzedniej próby: przynajmniej rzęsy nie zwisały tak smętnie w dół.

Na pewno kiedyś wróci mi zapał do kolejnych eksperymentów z tuszem – coś czuję, że wtedy zrobię z węglem z migdała. Tymczasem wracam do tuszu zmywanego ciepłą wodą – zawsze to kilka produktów do demakijażu mniej – bo ZAWSZE DA SIĘ COŚ ZROBIĆ